„Jeśli moje życie można podsumować za pomocą jednej reguły, będzie to ta, którą wyjaśnił mi ojciec, gdy byłem dzieckiem: Zło jest silniejsze od dobra. Jeśli masz jakiekolwiek wątpliwości, stań po stronie zła.”

Dawno nie miałem w rękach lepszej książki niż „Prawdziwy Gangster”, a bardzo możliwe, że nigdy nie miałem lepszej. To ta pozycja, która jest u mnie na półce w miejscu honorowym, dzieło kompletne, napisane przez zawodowego pisarza Evana Wrighta na podstawie opowieści jednego z największych gangsterów lat 70 i 80 – Jona Robertsa. To musiało się udać.

Pozycja trafia w mój gust pod każdym względem. Jest to połączenie Wilka z Wall Street, Ojca Chrzestnego i Kasyna (1999) w jednym. Przemoc to najlepsze słowo podsumowujące całą książkę. Na każdej kartce, znajdują się hektolitry przemocy, brudnego świata, którego nie znajdziemy w bajkach Disneya, być może dlatego, że świat Prawdziwego Gangstera został oparty na faktach i jest prawdziwy.

Autobiografia określana jest jako spowiedź kokainowego kowboja, którym jest główny bohater – Jon Roberts. Ojciec Jona był mafiosem rodem z Chłopców z ferajny. Jon Roberts był po raz pierwszy świadkiem morderstwa, gdy miał siedem lat. Sam nauczył się zabijać w Wietnamie. Jako dorosły człowiek był żołnierzem mafii w nowojorskich klubach, gdzie poznał Bruce’a Lee, uratował z rąk porywaczy Jimiego Hendrixa i spędził noc z dziewczyną Bonda (mając nieco ponad 20 lat). Kolejnym etapem kariery Robertsa było wejście w biznes narkotykowy. Jego dostawcą był najsłynniejszy narkotykowy baron Pablo Escobar, a klientami – największe gwiazdy.

Cała treść tej pozycji zdecydowanie podkreśla zasadę, że w życiu liczą się trzy rzeczy – kobiety, pieniądze i sława. Dla kogoś takiego jak Jon nie ma rzeczy nie do załatwienia, nie ma też ludzi, których należy się bać – można wszystko, wszystkie chwyty są dozwolone. Jeśli ktoś cię wkurwił, idziesz do odpowiedniego człowieka, który zbierze odpowiednich ludzi i spali dom tego nieszczęśnika. Jeśli ktoś chce się ciebie pozbyć, to nie może, bo chodzi za tobą goryl z WWE (dawnego WWF) – The Thing, który naładowany kokainą jest gotowy na piętnaście rund walki, ze zmutowanym aligatorem. A jeśli nudzisz się sobotnim popołudniem w swojej willi z basenem, możesz zawsze zadzwonić po drużynę Packersów, którzy na dzień przed Super Bowl przyjadą do ciebie na chatę z dziwkami i zrobią sobie z mózgu fistaszki, wciągając tyle kresek mety, ile tylko będzie na stole, a potem na drugi dzień… wygrają Super Bowl.

Już na początku po przeczytaniu pierwszych rozdziałów i opisu wojny w Wietnamie miałem mózg na ścianie, podobnie jak Jon Roberts, który przez wybuch bomby stracił kawałek głowy, który został potem zastąpiony metalową płytką. Pourywane nogi i ręce latają w powietrzu, nie chcecie nawet wiedzieć, co robiło się z żółtkami, którzy zostali pojmani. To nie jest wojna w Wietnamie z Forresta Gumpa. Jeśli człowiek przeżyje coś takiego, to myślę, że puszczają mu już wszelkie hamulce, albo po prostu mu odbija i zaczyna się psychiczna równia pochyła. Jon należał do tych pierwszych. Gdy czytasz takie fragmenty jak ten o Wietnamie, uświadamiasz sobie, że Boga nie ma.

„Zaczęliśmy od wycinania małych plasterków skóry z głowy gościa. Tniesz jego klatkę piersiową, plecy, brzuch. Pozwalasz, żeby jelita wypłynęły i zwisały mu przed twarzą. Przesuwasz się w górę. Może to trwać godzinami. W końcu całe ciało zaczyna wysuwać się ze skóry. Nawet jeśli jego kostki są przywiązane do drzewa, wszystko się wyślizguje.”

Po przeczytaniu tego dzieła wiem, że nie znam żadnego innego tak twardego gościa, jak Jon. Superman i Batman razem wzięci to przy nim nic. Jemu jest wszystko jedno, brak skrupułów, brak sumienia, socjopata i psychopata w jednym. Zapomnij o zastraszeniu kogoś takiego, to awykonalne.

Ciekawie jest także ujęty wątek kobiet, których Roberts miał całe mnóstwo. Co ciekawe poznawał je wszędzie. Na ulicy, w klubie, wyścigach konnych – nie miało to znaczenia. Cechowała go ogromna pewność siebie, niczego nie zakładał, nie kalkulował, po prostu podchodził do kobiety i nic więcej go nie interesowało. Za jego pewnością siebie z kobietami, stała bardzo wysoka pozycja społeczna i pieniądze. Miał niezliczoną ilość najlepszych samochodów, które jego specjalny mechanik tuningował tak, by były jeszcze szybsze niż przedtem. Pieprzył dziewczynę Bonda, pieprzył piękne kobiety wszędzie, w hotelach, w ubikacjach restauracji i domach ich mężów. Raz dziewczyna, której chłopak był w pokoju obok, zrobiła mu loda, bo chciała zachować swoją działkę pieniędzy. Bywało też tak, że zazdrosna kochanka zostawiła Robertsa w windzie hotelu bez ubrań. Myślicie, że to wszystko Science-Fiction? Nie, to prawdziwy świat.

Cóż, mam jeszcze ponad rok czasu, żeby przelecieć dziewczynę Bonda.

„Phyliss lubiła spać do późna, więc często sam chodziłem rano do Serendipity. Siedzę tam któregoś ranka, jem mój francuski tost, a przy stoliku obok siedzi dziewczyna, którą widziałem w filmach. W jednym z nich grała dziewczynę Jamesa Bonda. Była boginią, a ja byłem zwykłym dwudziestodwulatkiem, ale i tak postanowiłem spróbować.
– Przepraszam, że przeszkadzam, ale nie mogłem się powstrzymać od przywitania się, bo jesteś absolutnie boska – powiedziałem.
Uśmiechnęła się. (…)
Idziemy do Serendipity. Zamawiamy francuskie tosty z kremowym serkiem. Mam na nią ochotę. Odgryza kawałek tosta, a pieprzony serek pływa jej obok ust. Zaczyna się śmiać.
– Wystarczy – mówię jej. – Idziesz ze mną.
– Co?
– Jesteś brudna.
Wciągam ją do toalety. Gdy tylko zamykam za sobą drzwi, podnoszę ją i sadzam na umywalce, rozkładając jej nogi.
– Nikt tego wcześniej nie robił – mówi.
– Nie obchodzi mnie, co ktokolwiek zrobił w całym twoim pieprzonym życiu.”

Co jakiś czas dostajemy także krótki instruktaż od naszego gangstera na dowolny temat. Na przykład: jak poprawnie kopać ludzi albo co zrobić, kiedy celuje do ciebie facet z pistoletu, a ty nie masz gdzie się ukryć. W pierwszym przypadku należy kopać, nie używając przy tym palców, bo możemy je połamać, a ciężko będzie uciekać z połamanymi palcami w razie problemów. Natomiast w drugim, najlepszym rozwiązaniem jest rzucenie się w kierunku gościa z bronią. Gdy zaczniemy uciekać strzeli nam w plecy, a gdy pobiegniemy w jego stronę, może zacząć panikować, a wtedy wyrwiemy mu broń z ręki i zmiażdżymy twarz kolbą. Tak, tego uczy ta książka.

„Nie przyznam się, że zatłukłem gościa w stroju safari na śmierć. Ale kiedy z nim skończyłem, połowa jego mózgu była w rynsztoku.”

Co chwilę jesteśmy także na uroczystych imprezach, na których w jednym pokoju kilkadziesiąt dziwek rypie się na wszystkie sposoby, poznajemy największe gangsterskie sławy, Maxa Mermelsteina, Pablo Escobara czy Dona Ochoe. Co więcej, dowiadujemy się, że tak naprawdę nie byli takimi kozakami, za jakich uchodzili, a już na pewno Max był totalnym frajerem, który bał się własnego cienia. Od samego początku obserwujemy wspinaczkę Jona na szczyty zła i narkotykowego przemysłu, to taki Heisenberg, tyle że dziesięć razy gorszy od WW.

Chcesz zaplanować morderstwo od A-Z? Chcesz kogoś zabić i nie wiesz jak pozbyć się ciała, żeby nigdy nikt go nie odnalazł? Ta książka jest dla ciebie.

*

Na domiar złego podsumowanie tego wszystkiego ma bardzo jednogłośny wydźwięk, który uświadamia nam, że nie ma sprawiedliwości na tym świecie. Książka uczy nas, że często w życiu opłaca się bycie skurwielem, a dobro wygrywa ze złem tylko w sadze Gwiezdnych Wojen.

Dla każdego faceta, który nie wie czego, chce od życia i którego nawet nie stać na podejście do kobiety, która mu się podoba – pozycja obowiązkowa. Może ta książka, zrobi z was prawdziwych facetów.

 


brak

brak

Korzyści bycia Patronem

polub fanpage

obserwuj na Instagramie