Bezwzględność.
Rate this post

Bezwzględność. Na pierwszy rzut oka brzmi negatywnie. Niektórzy kojarzą ją z Hitlerem a inni z Jokerem z Gotham City. W sumie taka tam cecha. Problem w tym, że jednak kluczowa.

Ilekroć ktoś zajdzie mi za skórę za mocno, może być pewnym, że już nigdy nie będę kazał zabić dla niego utuczonego cielęcia. Był taki człowiek. Simon. Simon na samym początku znajomości wydawał się równym gościem. To ktoś taki, że jak go poznajesz, myślisz sobie: „jest nawet spoko”. Jednak Simon z biegiem czasu zaczynał pogrywać. Dawałeś mu palec, a on chciał całą rękę. Gdy w grę wchodziły dziewczyny, Simon był w stanie sprzedać cię za 30 srebrników. Kogoś takiego musisz sprawdzić. Zobaczyć jak daleko może się posunąć. A gdy przekroczy granicę, bierzesz nożyce i odcinasz wszystkie łączące go z Tobą powiązania. Tak to palenie mostów. Tak, dobrze mi z nimi. Znajomość z nim puszczasz jak balonik gazowy, unoszący się ku niebu.

Zwykle tak to wygląda u mnie jednak u większości moich znajomych, nie. Robią wszystko tak jak do momentu wyżej i wtedy… łamią się. Simon zaczyna robić się chwilowo potulny, wczoraj ruchał cię w dupę kosztem dziewczyn pod klubem, a dziś przychodzi potulny jak baranek i prosi o przebaczenie. I tak właśnie poznajemy ludzi bez charakteru. I tak poznajemy ludzi, którzy potem płaczą, że nikt nie ma do nich szacunku. Otóż na szacunek trzeba sobie zapracować. Simon przychodzi i pyta się „obraziłeś się na mnie?” I wtedy większość pod wpływem chwilowych emocji odpowiada: „nie no coś ty, na co?” Przez kolejny tydzień są jak najlepsi przyjaciele. Ja obserwuję to z boku. Czytam gazetę z wyciętymi kołami, abym mógł jak detektyw podziwiać sytuację niezauważony. Mija tydzień, a ten potulny Simon rucha go w dupę po raz kolejny. Sytuacja się powtarza. Powtarza. Powtarza. I jeszcze raz. Powtarza. Taki mój znajomy przychodzi wtedy do mnie i mówi „Simon to menda, stary miałeś rację. On wysysa ze mnie energię”. Tydzień później obserwuję ich razem na zdjęciu na Facebook’u. Prawdziwi przyjaciele. A potem Simon kolejny raz rucha go w dupę.

Jednak niektórzy wcale nie chcą nic zmieniać. Lubią być ruchani w dupę. Tak im wygodnie. Przyzwyczaili się. Volant kiedyś napisał, że gdy gdzieś w jakimś otoczeniu pojawia się noblista, to po jakimś czasie w tym samym otoczeniu pojawiają się kolejni nobliści. Do czego piję? Bez bólu i ofiar nie ma nic. Bez odcięcia się od ludzi toksycznych nie ma nic. Wolę mieć trzech znajomych, na których zawsze mogę polegać niż niedobitków, na których tracę czas. Chcę konkretów. Nie chcę pierdolenia i mydlenia oczu. Nie mam na to czasu. Albo wykładasz karty na stół i gramy w tej samej drużynie, albo idź ruchać w dupę kogoś innego. Umiejętność chowania Asa w rękawie nie jest jakąś mało rozpowszechnioną cechą więc cześć.

Wróćmy do momentu, gdy puszczasz znajomość jak balonik gazowy. Takiego Simona traktuje się konkretnie. On przychodzi, próbuje odkupić winy. Ty się uśmiechasz i kiwasz przecząco głową. Następuje proces lizania dupy, który będzie trwał, dopóki nie odpuścisz mu grzechów. Przychodzi, poklepuje cię po ramieniu, ale ty trwasz przy swoim. Z czasem zaczyna przychodzić coraz rzadziej. Raz na kilka dni. Raz na tydzień. Miesiąc. Tworzy się dystans. Gość nabiera respektu. Gdzieś w nim tli się nadzieja, ale ty dalej swoje. Wspomina, jak to kiedyś było fajnie, ale ty dalej swoje. Bo gdy tylko dasz mu palec, on ponownie wpierdoli ci całą rękę, co już zrobił. Po jakimś czasie jest kompletny spokój. Widzisz go i wiesz, że być może widzisz go ostatni raz w życiu.

To sprawdza się na każdej płaszczyźnie. Mówisz dziewczynie, że nie możesz się spotkać, bo masz dziś siłownię. Ona nalega, prosi, pisze słodkie SMS-y. Ulegasz. Myślisz, że zyskałeś? Jedynie chwilowo – seks w jej pokoju. Tracisz na tym z czasem. Nie chce ci się iść pobiegać, a masz w planach 6 km? Bierzesz buty i idziesz biegać. Nie ma miejsca na takie skoki. Idziesz jak czołg. Masz być jak skała – nie do złamania. Szlifuj to dzień w dzień, do znudzenia.

Ci, którzy dążą na szczyt, nie mogą liczyć na litość. Jest tylko jedna zasada – polujesz albo giniesz.


brak